Anioł Stróż

Dla osoby wierzącej, stwierdzenie „Twój Anioł Stróż czuwał nad Tobą”, jest czymś normalnym. To kwestia wiary, aczkolwiek czasami napotykamy sytuację, w której zaistniałego biegu rzeczy nie da się przypisać jedynie fizyce i statystyce. W 2001 roku, zwiedzając skansen we Lwowie (Szewczenkowski Gaj), napotkałem na sytuację, która ilustruje tytuł tego postu dosyć dosłownie. Przed cerkwią bojkowską z 1763 roku, znajduje się drewniany krzyż, z rzeźbionymi figurami. Z daleka nie widać było niczego specjalnego. Gdy podszedłem bliżej, okazało się, że w rogu krzyża tuż obok figurki anioła, jakaś ptasia rodzina założyła sobie gniazdo. Oczywiście dla ptaków, to miejsce takie samo jak wiele innych, i aniołek nie ma tu żadnego znaczenia. Tym niemniej, widząc to, uśmiechnąłem się i skojarzenie z Aniołem Stróżem pojawiło się od razu. Mam nadzieję, że pisklęta opuściły to gniazdo w dobrej formie. Z taką opieką to chyba prawie pewne 🙂

Krzyż, skansen, Lwów 2001 /  Cross, open-air museum Lviv 2001
Krzyż, skansen, Lwów 2001 / Cross, open-air museum Lviv 2001
Krzyż, skansen, Lwów 2001 /  Cross, open-air museum Lviv 2001
Krzyż, skansen, Lwów 2001 / Cross, open-air museum Lviv 2001

Czy jeszcze tam grają?

„Wystarczy, za dobrze grasz” – usłyszałem po zakończeniu drugiej partii. Graliśmy w szachy tzw. blitza, czyli partię błyskawiczną, w której każdy z graczy ma 5 min na szachowym zegarze, na rozegranie całej partii. Przeciwnik, zasuszony jegomość w średnim wieku, spodziewał się zapewne łatwej przeprawy i jakiegoś zastrzyku gotówki, graliśmy po 5 hrywien za partię. W sumie, czego innego mógł się spodziewać, po polskim turyście na Prospekcie Swobody we Lwowie.
Szachy w dawnym Związku Radzieckim miały ogromną popularność wśród ludzi i cieszyły się dużym poparciem aparatu władzy. Dla przeciętnego mieszkańca szachy były rozrywką, sportem, odskocznią od codziennego trudu. Czymś co ma jasne reguły, i dla każdego te reguły są takie same. Od pewnego poziomu, dobry szachista mógł przejść na pewnego rodzaju zawodowstwo, otrzymując stypendia od państwa, podobnie jak nasi w piłkarze w PRL na fikcyjnych etatach w kopalniach. Dla władzy radzieckiej szachy były narzędziem propagandy, dowodzącej wyższości umysłu sowieckiego człowieka. Grano tą kartą dosyć często, korzystając z faktu, że po drugiej wojnie światowej, do końca lat osiemdziesiątych, szachiści z ZSRR zdominowali rozgrywki indywidualne oraz drużynowe – pięciu kolejnych mistrzów świata i worek złotych medali na szachowych olimpiadach (18 wśród drużyn open i 11 wśród kobiet). To między innymi tłumaczy ogromne zainteresowanie meczem o mistrzostwo świata Spasski – Fischer w 1972 roku. Amerykanin był pierwszym po wojnie, który pokazał, że można przełamać szachową hegemonię ZSRR.
Wszystko to wiedziałem przyjeżdżając kilkukrotnie do Lwowa w latach 2000 i 2001. ZSRR już nie było, ale Ukraina odziedziczyła wiele z kultury szachowej Kraju Rad . Natomiast tego co zobaczyłem na Prospekcie Swobody, deptaku przy operze w centrum miasta, naprawdę się nie spodziewałem. W letni, sobotni wieczór zbierało się tam kilkadziesiąt osób, by grać w szachy i kibicować grającym. Grano na ławkach, czasami z zegarem szachowym, częściej bez. W niektóre dni chętnych było tyle, że brakowało ławek, a grający lądowali na krawężniku (vide jedno ze zdjęć). Kibice otaczali wianuszkiem co ciekawsze partie, cicho komentując między sobą posunięcia na szachownicy. Atmosfera była piknikowa, sielska. Kto chciał większej dawki emocji, mógł zagrać partię o stawkę – najczęściej o 5 hrywien (wówczas równowartość około 5 PLN). Zagrałem. Pierwszą partię wygrałem dosyć gładko. Przypomniały mi się czasy szkolne. Grałem wtedy dosyć dużo, jeździłem na turnieje. W drugiej partii, również wiodło mi się nieźle, ale przekroczyłem czas do namysłu i przegrałem. Wyszło na zero i nikt nie musiał sięgać do portfela, ale przeciwnik stracił ochotę na dalszą grę.
Mam nadzieję, że zdjęcia choć w części odzwierciedlają atmosferę tamtego miejsca i czasu. Bardzo jestem ciekaw – czy jeszcze tam grają?
P.S.
W marcu 2016 we Lwowie został rozegrany mecz o mistrzostwo świata kobiet w szachach, pomiędzy broniącą tytułu Ukrainką Mariją Muzyczuk a Chinką Hou Yifan (wygrała Chinka). Ciekawostką jest fakt, że Muzyczuk w ramach przygotowań zagrała w mistrzostwach Ukrainy w kategorii open, jedyna kobieta w męskim gronie. Tyle tylko, że zapisy wszystkich jej partii z tego turnieju zostały utajnione przez organizatorów, żeby utrudnić przygotowania Yifan.

Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001
Szachiści. Prospekt Swobody, Lwów, 2000-2001 / Chess players, Prospect Svobody, Lviv 2000-2001

Stracona szansa

Jakiś czas temu, rozmawiałem w gronie fotografujących o różnych sytuacjach, w których robiliśmy zdjęcia. W pewnym momencie opisałem jedno zdarzenie, w którym zdjęcie co prawda zrobiłem, ale byłem niezadowolony ze straconej szansy na ciekawą fotografię. Co było najgorsze, w trakcie robienia zdjęcia, miałem świadomość, że inne ujęcie będzie dużo lepsze, niż to które zrobiłem, a mimo to, to drugie zdjęcie nie powstało. Okazało, że i innym się przytrafiały podobne przypadki. Ciekawe, że większość z nas, pamiętało bardzo dobrze okoliczności tej, nazwijmy to, „straconej szansy” – co najmniej na równi ze swoimi najlepszymi kadrami. Zapewne jest tu element psychologiczny, wyobraźnia podpowiada nam, że to mogło być super zdjęcie, a ponieważ już nigdy nie będziemy mogli tego zweryfikować, zobaczyć „tego” zdjęcia – niedosyt pamiętamy długo. Zasadnicze pytanie brzmi: dlaczego? Dlaczego nie zrobiłem tego lepszego ujęcia?

Z wielu możliwych powodów przytoczę trzy z mojego własnego doświadczenia: brak sprzętu, brak czasu, brak pewności siebie. Pierwszy powód ma dwa warianty: brak aparatu w ogóle i brak odpowiedniego obiektywu. Podejrzewam, że każdy fotografujący, bez względu na poziom zaawansowania, ma w swoim doświadczeniu sytuację, kiedy aż prosiło się żeby zrobić zdjęcie, ale nie miał ze sobą aparatu. Ten problem, ma proste rozwiązanie, nosić aparat i „przy pogodzie”. Zawodowi fotoreporterzy, praktycznie nigdzie nie ruszają się bez aparatu. Znakomity fotoreporter, laureat nagrody Pulitzera, Czarek Sokołowski opowiadał na jednym z warsztatów o koledze z branży, który nawet kiedy wychodził wyrzucić śmieci, to zabierał aparat ze sobą. To być może lekka przesada, ale dobrze ilustruje o co chodzi. W obecnych czasach, brak aparatu, nie jest tak dotkliwy. Praktycznie każdy ma ze sobą smartfona, z których większość modeli ma naprawdę dobre aparaty fotograficzne. Zdjęcie więc zrobimy, ale … i tu dochodzimy do drugiego wariantu – brak odpowiedniego obiektywu. Ileż to razy, aż się prosiło założyć długi teleobiektyw, a ten spokojnie odpoczywał w domu, w towarzystwie obiektywu szerokokątnego. Tymczasem jak na złość nie ma gdzie się cofnąć, żeby objąć wszystkich w kadrze, bo za plecami ściana. Pewnym rozwiązaniem jest kompakt z dużym zakresem ogniskowych, ale z kolei to nie ta jakość, co z dużej matrycy lustrzanki. Nosić wszystko? Pomijając fakt, że nie zawsze się da, toż to najszybsza droga do skrzywienia kręgosłupa. Cóż, kompromis każdy musi wybrać sam.

Drugi powód zilustruję poniższym zdjęciem.

F1000020

Aż się prosiło, żeby poczekać aż chłopcy podejdą bliżej. Niestety, w danym momencie musiałem się oddalić w inną stronę. W powyższej sytuacji, brakowało może 10-20 sek, dużo częściej jednak napotykamy problem braku godziny, połowy dnia, kilku dni. Typowy przykład: jesteście w jakimś ciekawym mieście, macie tylko poranek przed śniadaniem na robienie zdjęć, znajdujecie ciekawy kadr, a tu słońce nie z tej strony co trzeba. Macie pełną świadomość, że wieczorem, ze słońcem po prawej, zdjęcie nabrałoby życia, kolorytu itp. tyle, że wieczorem już was tu nie będzie. Brzmi znajomo? Na to nie ma rady, trzeba szukać kadru gdzie indziej, lub zaakceptować to co jest.

Ostatni powód, brak pewności siebie, najczęściej pojawia się, przy zdjęciach reporterskich, lub tzw. street photo. Nie każdy ma łatwość, robienia zdjęć „na wprost” obcym osobom na ulicy, lub w innej sytuacji poza strefą komfortu. Spójrzcie na kolejne zdjęcie.

untitled shoot2015010413015

Zrobiłem to zdjęcie w Wilnie, był styczeń, padał śnieg, kilka stopni mrozu, a tu na ulicy, jak w letnim ogródku, siedzi gość i pije piwo. Miałem świadomość, że zdjęcie byłoby dużo lepsze, dużo bardziej wyraziste, gdybym podszedł od przodu, i dodatkowo poczekał jeszcze jak jegomość podniesie szklankę do ust (vide powód nr 2). No, ale jak to zakłócać obcej osobie chwile odpoczynku, a może się obrazi, może nakrzyczy itp., itd. różne takie myśli przymykały mi przez głowę. W końcu odpuściłem, i odszedłem z poczuciem straconej szansy. Dzisiaj prawdopodobnie to zdjęcie bym zrobił – to efekt przetrawiania tej straconej szansy, która tkwiła jak zadra przez dłuższy czas. W sumie, najwyżej dostałbym parę epitetów, o których bym zapomniał po tygodniu, a zadra odzywa się za każdym razem, kiedy przeglądam zdjęcia z tego wyjazdu. Generalnie warto się przełamywać, wychodzić poza swoją strefę komfortu. Nie namawiam jednak do robienia zdjęć w każdej sytuacji. Nie jestem zawodowcem i większość z nas fotografujących też nimi nie jest. Jak nie zrobimy jakiegoś zdjęcia, to nic się nie stanie. Czasami lepiej zachować intymność chwili i nie psuć jej trzaskiem migawki. Gdzie jest ta granica, której nie wato przekraczać – tego nie da się precyzyjnie określić, każdy musi ją sam wyczuć.

 

Droga

Kilka lat temu, będąc w rodzinnych stronach mojej żony, wyszedłem na spacer bardzo wczesnym porankiem. Było jeszcze przed wschodem słońca, mgła, cisza. Doszedłem do wiejskiej drogi, obsadzonej po obu stronach starymi jabłoniami. Było bardzo klimatycznie, mam nadzieję, że poniższe zdjęcie choć w części to oddaje.

DSC_1229
Droga na Bąków (1) / Road to Bąków (1)

Kilkanaście minut później słońce było już nad horyzontem, przyświecając ciepłym, nisko skierowanym światłem.

Droga na Bąków (2) / Road to Bąków (2)
Droga na Bąków (2) / Road to Bąków (2)

Pomyślałem wtedy, że warto kiedyś, na wiosnę, uchwycić moment gdy jabłonie będą ukwiecone. Od tamtej pory wielokrotnie odwiedzaliśmy z żoną jej dom rodzinny, jeździliśmy tą drogą do kościoła itd.. Zabrakło jednak determinacji, może okazji, może dobrej pogody, by sfotografować tą drogę raz jeszcze.

W zeszłym roku, podczas kolejnej wizyty okazało się, że jabłoni już nie ma – zostały wycięte, a droga poszerzona. Straciła na klimacie, ale stała się znacznie bezpieczniejsza. Wiadomo co ważniejsze, nie ma dyskusji. I tylko mam trochę żal do siebie, że nie zrobiłem więcej zdjęć na tej drodze. Dzisiaj wygląda ona tak:

Droga na Bąków (3) / Road to Bąków (3)
Droga na Bąków (3) / Road to Bąków (3)
Droga na Bąków (4) / Road to Bąków (4)
Droga na Bąków (4) / Road to Bąków (4)

Wniosek prosty i trywialny –  nie czekajmy. Jeśli coś jest warte uwiecznienia, zróbmy zdjęcie. Może nie będzie na nim kwiatów, ale to może być ostatnia szansa zapisania czyiś wspomnień – jak powrotu ze szkoły drogą obsadzoną jabłoniami.

Stare i nowe

Uczestniczyłem niedawno w warsztatach fotograficznych. Jako jedno z ćwiczeń mieliśmy za zadanie sfotografować temat „Stare i nowe” pokazując ten kontrast w kontekście warszawskiej architektury. Czasu nie było wiele. Praktycznie mogłem na to poświęcić 2-3 godziny w weekendowy (wczesny) poranek. Jednym z miejsc, które sfotografowałem była ul. Chmielna 75. Obecnie jest tam nieużytek, teren należący do Poczty Polskiej, który pomimo wystawienia na sprzedaż i wielkiej atrakcyjności tej lokalizacji, nie może znaleźć nabywcy.

Warszawa ul. Chmielna 75
Warszawa ul. Chmielna 75

Przed wojną znajdował się tutaj Dworzec Pocztowy – dworzec kolejowy, który poczta wykorzystywała do obsługi przesyłek.  Kilka zdjęć dworca można zobaczyć tutaj.

Innym miejscem, które wybrałem do ilustracji tematu, była ul. Łucka 8. W tym miejscu znajduje się, pochodząca z 1878 roku, kamienica Abrama Włodawera.

RK1602270088
Warszawa ul. Łucka 8

W latach 1939-45 kamienica miała ogromne szczęście. Przetrwała zarówno działania wojenne, jak i Powstanie Warszawskie. Szczęście opuściło ją po wojnie. Jest wpisana w rejestr zabytków, ale nieremontowana pogrąża się ruinie. Pożar z sierpnia 2015 roku, tylko przyśpiesza ten proces. Czy przetrwa? Z kamienicą związane jest ciekawe wspomnienie (link) Andrzeja Iwańskiego, który jako młody chłopiec przeżył w kamienicy okupację i powstanie.

Zapraszam na blog

Zapraszam na mojego blog’a. Tematyka to głównie fotografia, czasami z nawiązaniem do miejsc, w których zrobiłem zdjęcia.

Największym wyzwaniem dla blogującego jest regularność wpisów. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać częstotliwość dwóch postów miesięcznie (cel może skromny, ale w miarę realny).

Obecnie na stronie jest dostępny pierwszy zestaw galerii. Sukcesywnie będę dodawał kolejne. Będą tam zdjęcia w miarę współczesne, ale nie zabraknie też skanów starych zdjęć, takich jak to ze wzgórza Montmarte w Paryżu.

Montmarte
Montmarte, Paryż 2001